Pokazywanie postów oznaczonych etykietą My VISION. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą My VISION. Pokaż wszystkie posty

Korea podbija świat

Wszystko zaczęło się od Gangnam Style, ale nie myślałam, że pójdzie tak szybko. G-Dragon jako współczesny odpowiednik Davida Bowie, Prince'a i Kurta Cobaina. Odważnie. Ale może zacznijmy od początku.
Dzisiaj, niczego nie podejrzewając, poszłam do H&M, i wzięłam ich katalog Wiosna 2014.
A tu w jednym artykule... Po prawej w górnym rogu... GD!!!
Kiedy tylko wyszłam z szoku, postanowiłam, że o tym napiszę. ^^

Berlin 4.12.13


Oto dokumentacja z mojego wyjazdu do Berlina z 4 grudnia. Było architektonicznie, smacznie i ciekawie. Konkrety można wyczytać z kolażu powyżej.
banan w czekoladzie
frytki
libeskind
reichstag
sony's roof

Long time ago...

Dość dawno mnie tu nie było. Znowu... A przez to, ostatnie 10 min spędziłam na zastanawianiu się co ciekawego mogłabym napisać. Skończyło się na tym, że piszę o niczym, tak sobie. 
Tak myślałam o tym blogu i myślałam. Raz chciałam go usunąć, potem zrobić wielką reaktywację. Myślę, że po prostu postaram się regularnie robić swoje. I mam nadzieję, że kogoś to zainteresuje. ;P
Jak na razie miotam się pomiędzy studiami, pracą i rysunkiem. Wszystko osobno byłoby super, ale naraz...
Tak nawiasem mówiąc, ostatnio spaliła mi się płyta główna. No cóż... Lepsze to niż dysk twardy...

W każdym razie biorę się za bloga i tyle! XD

Murzynek najlepszy na świecie

Już dawno planowałam upiec murzynka. To w końcu ciasto mojego dzieciństwa. Dość długo z tym zwlekałam, bo niestety nie mam babcinego przepisu a jej murzynek był zdecydowanie najlepszy. No, ale co zrobić. Pogrzebałam trochę w necie i wybrałam (moim zdaniem) najbardziej sensowny przepis.

Yamahoshi prezentuje najlepszy przepis na murzynka z rodzynkami, kremem czekoladowym, polewą czekoladową i likierem!
Sweet  ^^

Dieta - Tydzien 9

No, nie powiem jakoś idzie. W tym tygodniu -0,4 kg. Will see.
Tyle, że zrobiłam ostatnio murzynka. ... Duuuużo masła i cukru. ;P No ale trudno, planowałam to już od pół roku. ;P Nie będę teraz o tym pisać, w następnej notce dodam zdjęcia, przepis. itd.
Robię 6Weidera. Niestety opuściłam jeden dzień, ale to pierwszy i ostatni raz. Efekty są zadowalające. Zobaczymy co będzie po 6 tygodniach. ^^
Jakoś nie chce mi się więcej pisać... ;*

Dieta - Tydzień 8

In this week -0,2.
Duuupa mało, a na prawdę mało jadłam. Ale przynajmniej już nie mam tych dziwnie wielkich wahań wagi. Tyle, że w tym tygodniu na prawdę jadłam o wiele mniej i ćwiczyłam, więc powinno być co najmniej -0,5. Ale może przez okres jest tak dużo...
W każdym razie już przez tydzień robię 6 Waidera. Nie wiem czy mam omamy, czy to prawda, ale mam wrażenie, że widzę już efekty. W sumie, to już w trzeci dzień widziałam efekty... Zaczynają mi się zarysowywać mięśnie na górze brzucha. Huraaa... Chociaż tyle.
Moje studia, to teraz jedna wieeeelka niewiadoma.
Wiecie co... Moje notki są ostatnio beznadziejne. W sumie to, chyba nie powinnam tak zaśmiecać internetu, ale daje mi to pewną motywację więc będę pisać. ;P

Dieta - Tydzień 7

W tym tygodniu mamy +0,5. Niestety, ale przynajmniej mniej niż kilogram. ;P Już mówiłam, że nie ogarniam ostatnio mojej wagi, bo cały czas odżywiam się prawie tak samo, a są takie wielkie skoki. No ale cóż... Wygląda na to, że się uspokaja. ;P

W ogóle, zaczęłam 6 Weidera. Zobaczymy co z tego będzie. Jak będę miała taki brzuch jak na zdjęciu, to zajebiście. ;P

Dieta - Tydzień 6

Spóźnienie z notką = standard.
Ten tydzień = dziwny.
Waga = -1,9 kg.
Dlaczego: A chuj to wie (za przeproszeniem). Zdaje mi się, że jadłam tak jak tydzień temu, a wtedy było +1,3. Dajcież spokój! Wolałabym, żeby było około -0,5, co tydzień niż tak jak jest teraz. :/
Mój nastrój = wkurwiona.
Dlaczego: Bo nie umiem się ogarnąć i jestem dziwna. :/

Dieta - Tydzień 5

Wie, oczywiście miałam napisać w poniedziałek... Nie wyrobiłam się przed wyjazdem. Ale teraz już jestem po egzaminach. Wolna jak ptak i pełna zapału i pomysłów. ;P
I w tym momencie kończy się pozytywna część tej notki. Otóż w poniedziałek było +1,3 kg. I jestem szczerze zdziwiona, bo jadłam mniej. Tyle, że jadłam dużo, dużo owoców i różnych porach i to pewnie przez to. Chociaż nie sądziłam, że można aż tak przytyć przez same owoce. :/ No ale co poradzić.
Od wtorku zaczynam 6 Weidera. Muszę, ale to muszę zrobić ją do końca! Nie ma chuja! Do tego hula hop. Tyle, że nie wiem jeszcze ile razy w tygodniu. Wiadomo, chciałam codziennie ale po ostatnim razie tak mnie biodra bolały, że następnego dnia po prostu nie mogłam kręcić. Więc na początku nie będzie codziennie. Stawiam na 3 razy w tyg. w pierwsze 2 tygodnie. Potem codziennie.

2 kolory na paznokciach...?

Seriously... Może trudno w to uwierzyć, ale po raz pierwszy w życiu mam dwukolorowe paznokcie... ;P Ogólnie bardzo rzadko je malowałam i to zwykle na jakiś lekki beż, a na imprezę czy coś krwista czerwień. A tu niespodzianka. Mam dwa kolory i do tego kropeczki = wzorek. taaak... ach ten postęp. Ale nie załamujcie się proszę moim poziomem. Mam w planach o wiele bardziej skomplikowane wzory. Muszę tylko poćwiczyć, a to jest właśnie początek. ;P

A tak ogólnie... Znowu zacznę ględzić o tym rysunku. ;P Ja nie wiem, jeszcze do mnie chyba do końca nie dotarło, że egzamin już we wtorek... W poniedziałek wieczorem jadę już do Wrocławia. Mam zarezerwowany pokój... a raczej łóżko w akademiku Talizman. ^^ To chyba dobry znak, prawda?
No nic, napisze jeszcze w poniedziałek dietową notkę.

Dieta- Tydzień 4

Moje refleksje po tym tygodniu? [Czytaj gif po prawej.]
No niby jest -0,3 no ale wiem, że nic nie ćwiczyłam, ani nie uważałam na to co jem, więc to nic.
Kuuuuuuurdę. Chcę być chuda! Dla czego nie mogę się wziąć w garść? Brak czasu to nie wymówka. Na studiach będę miała go jeszcze mniej, więc co? Dojdę do 100? Nie ma taaak!
Więc dobra... Biorę się w garść. Może na razie nie dam rady ćwiczyć, ale mam zamiar jeść zdecydowanie mniej! KONIEC

Dieta - Tydzień 3

Jasne... Tego co ja robię na pewno dietą nazwać nie można! Szczerze mówiąc, to zastanawiałam się czy w ogóle napisać w tej notce ile ważę. ;P Powiem tak: +1,3 kg. Taaak... Trzeba być artystką prawda?
Zaczęłam odchudzanie po maturze, bo stwierdziłam, że będę miała czas. Nic bardziej mylnego. Czas miałam przez pierwszy tydzień... Od zeszłego tygodnia codziennie mam rysunek. I chociaż to może wydawać się totalną pierdołą, to dla mnie to bazgrolenie to być albo nie być na studiach... Nie wiem w ogóle co z tym będzie. Jednym słowem: PRZESRANE.

Dieta - Tydzień 2

I już kolejny tydzień z głowy. (Jakoś nie chce mi się wierzyć, że dopiero dwa tygodnie temu skończyłam matury. Zdaje mi się, że to było co najmniej miesiąc temu. ;P)
Tym razem, notka na czas. Wynik też lepszy, bo -1 kg. Ale szczerze, to nie jestem za bardzo zadowolona... Powinno być więcej, bo potem to będzie szło jeszcze wolniej. Muszę przycisnąć.
Tyle, że w tym tygodniu, mój tata doszedł do wniosku, że lepiej by było, jak bym się nie odchudzała i cały czas mi coś wciska. Ale nie daję się. ;P Tylko obiadków mam za duże porcje. ;P
W tym tygodniu weekend też był... zły. To straszne. Bo jak idę na imprezę to nie da się nie jeść. Trzeba było by też nie pić. Nie żebym musiała, ale jedno piwko fajnie sobie ze znajomymi wypić, no a do tego trzeba coś zjeść... Dobrze, że na razie nie mam zbytnio czasu na akie spotkania. Od tego tygodnia mam codziennie rysunek. ;P No ale co będzie po 26 czerwca? ;P
Muszę też zwiększyć liczbę ćwiczeń. W tym tygodniu w ogóle nie biegałam. W każdy dzień kiedy już chciałam wstać, żeby ruszyć dupę padało. :/ Masakra. A poza tym tak szczerze, ja na prawdę nie lubię i nie umiem biegać.

Dieta - Tydzień 1

Taaak... po pierwsze, chciałam przeprosić za opóźnienie, bo notka miała być we wtorek... jak widać, nie wyszło i jest w sobotę. Ale ciiicho nikt nie zauważył. ;P Następna notka będzie we wtorek. ;P
To chyba pora przejść do efektów... Na ten tydzień niestety nieprzyjemnych, bo jest +0,2kg. Ale cóż zrobić, skoro tak zdupiłam. ;P Piątek juwenalia, sobota klub, wiadomo kaloryczne piwsko i hamburger. Ale to by wszystkiego nie zniszczyło, bo pierwsze dni miałam bardzo ładne. Wszystko zniszczyły Cheetosy. :/ Otóż byłam w pracy w ten weekend. (Pracuję jako hostessa.) I miałam degustację Cheetosów, jakiegoś nowego smaku. W piątek byłam grzeczna, spróbowałam tylko 2 cheepsy, żeby wiedzieć jak smakują. W sobotę było gorzej... Stałam 9 godzin, więc pod koniec było mi już słabo, to trochę sobie podjadłam... Ale całkowita porażką była niedziela!

Dieta - START!


I w końcu się doczekałam! Może trudno w to uwierzyć, ale planowałam tę dietę od listopada. ;P (Bo wtedy przestałam się odchudzać.) Teraz nie ma szkoły, nie ma matur, za to jest 5 miesięcy wakacji i ogromna motywacja. Po prostu nie ma możliwości żebym teraz zawaliła. Nie dopuszczam do siebie takiej opcji! NIE i tyle. ;P

Może zacznijmy od kilku danych, bo to ważne przecież. ;P Dzisiaj rano ważyłam 57,8 kg. (Teraz na pewno jest mniej o_0) Wzrostu mam 173 cm. Mój cel? 50 kg. Albo mniej... Albo więcej... Zależy jak będę wyglądać. Mój ideał to Candice (z poprzedniej notki) i dziewczyna z gifa powyżej. Zobaczymy ile muszę ważyć, żeby tak wyglądać. ;P

Jeśli chodzi o jadłospis, to nie mam żadnego ścisłego planu. (Wiem, bez sensu. Laska pisze, że od pół roku planuje dietę, a nie ma planu. ;P) Chciałabym jeść prawie normalnie. Owoce, warzywa, musli, serki itp. na kolację i śniadanie. Oczywiście w małych porcjach. Za to obiad normalny, tyle, że połowa dotychczasowej porcji. Wiem, może się wydawać, że taka dieta nie ma sensu, ale dla mnie to jedyne wyjście. ;P Kocham jedzenie! Każde! Słodkie ostre i w ogóle. Więc nieważne jaką dietę stosowałam, zawsze w pewnym momencie miałam dość, przestawałam nad sobą panować i się obżerałam. Więc teraz będę jeść wszystko, niczego mi nie będzie brakować. (Ważne żeby nie przekroczyć 1000 kcal.) Ryzyko napadów zniwelowane do 1%. ;P 

W zamian za tak luźne podejście do jedzenia mam zamiar przycisnąć z ćwiczeniami. Bieganie, basen, brzuszki, hula hop i taniec. (Jeszcze rozciąganie, ale od tego dużo nie schudnę więc...^^)

Dzisiaj wtorek. Moim zdaniem idealny dzień na rozpoczęcie diety. Nie jest ani na początku tygodnia, ani na końcu, ani za bardzo na środku. Więc zaczęłam rano od biegania. I kiepsko bo w sumie więcej szłam niż biegłam. Totalna masakra. Zero kondycji do biegania. Ogólnie ludzie mają kondycję, albo nie. A ja mam, tylko nie do biegania. Mogę godzinami tańczyć, pływać albo robić nie wiadomo co, ale nie biegać. Ale cóż zrobić. Trzeba to zmienić. Z każdym mnie będzie więcej bieganie a mniej chodzenia. Więc trzymajcie za mnie kciuki. ;P

Postanowiłam, że będę jeść normalne obiadki... Ale mam zamiar wykorzystać to, że dzięki braku szkoły mam trochę więcej czasu, i gotować sama te obiadki. Mieszkam tylko z tatą, który świetnie gotuje, ale myślę, że będzie się cieszył jak ja zacznę robić obiadki i nie będzie wybrzydzał. Obiadki, obiadki, obiadki...
Znacie może jakieś fajne przepisy, blogi czy książki z takimi dietetycznymi obiadkami, po zjedzeniu których nie jest się głodnym? ;P Jak tak, to bym była wdzięczna gdybyście się podzieliły.

Trochę przydługo się zrobiło... Następna dietetyczna notka za tydzień. zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie. ;P

P.S.
Na głównej stronie zostawiłam tylko 3 ostatnie posty (wszystkie z dzisiaj). Byłabym wdzięczna za zajrzenie i skomentowanie, bo to tak jakby kolejny rozdział mojego bloga. Z góry dzięki. ^^

Back to VISION


Uświadomiłam sobie, że ostatnio trochę zboczyłam z planowanej tematyki bloga i niezbyt mi się to podoba. Zgodnie z adresem bloga, miałam stworzyć tu "swój świat", czy wizję swojego świata. Skończyło się natomiast na nażekanu na beznadziejność otaczającego mnie świata. Wiadomo, nie zawsze wszystko dobrze się układa, bywa lepiej lub gorzej itd., ale nie o tym miałam to pisać. Nie o tym chcę pisać. Co teraz? Pora na sprostowanie. Czas naprężyć tę sprężynę i wziać się w końcu do czegoś poważnego. Chociaż, można uznać, że blog, nie jest na prawdę istotną rzeczą, ale liczy się tu wykonanie planów. Realizowanie ich aż do końca (czyli w moim przypadku do śmierci, braku chęci lub internetu ;P).
Po prostu blog nabierze trochę światła. I co najważniejsze, zdaje mi się, że bedzie ciekawszy. ^^

Ta (mała) zmiana w formie bloga, jest właściwie spowodowana kilkoma przemyśleniami i wnioskami do których doszłąm w ten weekend. O czym myślę? Przede wszystkim o tym, że to co robię w tej chwili jest całkowicie bez sensu i do niczego nie prowadzi. Muszę skupić się na rzeczach, które są dla mnie teraz najważniejsze, czyli na dostaniu się na studia, czyli a bardzo dobrym zdaniu matury. Czyli mniej opieprzania, a więcej planowania, nauczania i konkretnego działania nie ważne w jakiej dziedzinie.
Skoro mam wyeliminować bezsensowne działania, to nasuwają mi się kolejne wnioski i postanowienia. W najnowszym Glamour jest jeden artykuł w którym specjaliści dawali rużne rady w swoich dziedzinach. Oczywiście w śród nich była dietetyczka. Sprawa ma się tak: 1 kilogram ludzkiego tłuszczu to 7000 kcal, kobieta przeciętnie spala dziennie 2000 kcal. Jeśli chodzi o moją dietę, to od początku roku szkolnego nie istnieje. We wrześniu ciągle się obrzerałam, więc przytyłam, a od początka października jem całkowicie normalnie a moja waga spadła i ustabilizowała się na 56-57 kg. Wychodzi na to, ze to moja naturalna waga (o ile mogę tak powiedzieć) i niech tak zostanie. Przez ostatnie półtorej roku ciągle męczyłam się z odchudzaniem całkowicie bezefektownie. Jaki sens ma to dalej ciagnąć? Wiem, że teraz z nawałem rzeczy jakie mam do zrobienie i podejściem mojego ojca, nie znajde czasu na świczenia, ani nie będę w stanie spożywać chociażby 1000 kcal dziennie. A jeśli te warunki nie mogą być spełnione, to raczej nie ma sensu wmawiać sobie, że się odchudziam. Nie chciałabym jednak, by ktokolwiek myślał, że się poddałam. Absolutnie nie. Ja się nie poddaję, po prostu staram się racjonalnie żyć. Bez myslenia sobie oczu. Od maja wszystko się zmieni. Będę tylko pracować raz na jakiś czas i chodzić na rysunek. Wtedy chciałąbym na poważnie i raz, a pozadnie wziąć się za zrzucenie tych kilku pieprzonych kilogramów. Myślę, że się uda. Mam dobre przeczucia bo... wierzę, że w końcu uda mi się ustabilizować swoje życie. Zaczynam teraz. To, czy mi się uda, okaże się w październiku, czyli prawie za rok. (Szczerze mówiąc ciekawa jestem co sądzicie o tej decyzji. Ale całkowicie szczerze.)

Myślę, że napisałam już o najważniejszym. Pozostało mi się tylko wytłumaczyć dlaczego tak żadko coś piszę i komentuję wasze blogi. Otóż, mój tata jest informatykiem a mój i jego koomputer są podłączone do tej samej sieci. Niestety mam na kompie różne dziadostwa, które blokują mu sieć, więc jak mam włączony internet, to on nie może pracować. A, że ostatnio ma więcej pracy niż zwykle, to ja o wiele żadziej mogę być na necie. I tyle. Postaram się pisać jak najczęściej, ale zobaczymy co z tego będzie. ^^

Na tym kończę tę cholernie ważną notkę.
Let's go back to my VISION.

Sranie w banie.

 Tak właśnie. Mam nasrane w mózgoczaszce. Najpierw się na wpieprzam. Potem się wkurwiam. Obiecuję sobie, ze to ostatni raz. I znowu wpieprzam.
Najgorsze jest to, że cały czas odkładam wszystko na później. Mówię sobie, że od września będzie mi łatwiej, bo nie będę miała tyle czasu na jedzenie. Niestety realność okazuje się zbyt brutalna i mam na dużo czasu.
Co mi w takim razie pozostaje?
Otóż kolejny raz obiecuję sobie, że od jutra z tym koniec.
W sumie, to notki o moich daremnych próbach odchudzania miało nie być do października, ale mam to w dupie. Zważę się za 2 tygodnie, a do tego czasu zrobię co w mojej mocy, żeby było poniżej 55.
Mam nadzieję, że w październiku dojdzie mi rysunek 4 razy w tygodniu, korki z matmy i praca w weekendy. Mam nadzieję, że będę miała tyle nauki, że nie będę miała czasu na nic innego. Mam nadzieję, że będę zapierdalać ja głupia d tej matury. Mam nadzieję, że zdam ją cholernie dobrze i dostanę się na architekturę tam gdzie będę chciała i pokażę wszystkim na co mnie stać. 
Mam nadzieję, że wezmę się w garść i będę ciężko pracować pod każdym względem, a nie okłamywać samą siebie.


Na dobry, kolejny początek.

Zaczął się wrzesień, czyli nijako, nowy rok... szkolny. A, że jest nowy, to wiele rzeczy wydarzyło, pozmieniało i na pewno będzie jeszcze dużo nowości.

Wchodząc teraz na bloga zauważyłam, że w sierpniu nie napisałam ani jednego postu. Bywa. To tylko dowód na moje całkowite rozregulowanie podczas wakacji.

Tak się zastanawiałam, co powinnam napisać po tak długim czasie. Do tej pory tego nie wymyśliłam, ale na pewno nie będę przynudzać długimi wakacyjnymi opowieściami czy początkowo rocznym zamieszaniem w szkole. Ale w sumie, przez całe wakacje nazbierało się trochę tematów, o których chciałabym napisać, więc jeśli tylko czas mi na to pozwoli, to natężenie notek będzie znaczne. 

Pierwsze koty za płoty. Przywitanie i sprawy organizacyjne mamy już za sobą, więc chyba pora przejść do bezsensownego i niewiadomej treści sedna notki niezmiernie niepoprawnej pod względem stylistycznym.

Zostałam TAGnięta

To niesamowite wrażenie...
Pierwszy raz w życiu przeżyłam coś takiego...
Czuję się podniecona ale i zagubiona zarazem...
Piszę coś co w ogóle nie ma sensu...

Wybaczcie. Mam jakiś dziwny nastrój dzisiaj, nie wiem co się dzieje dookoła. Więc w końcu odtagowywuję się od dust n bones. (Pewnie nie można tak tego ująć. ;P)

Tydzień VIII

Yamahoshi już ma zdupiony dzień. Ale już wczoraj wiedziałam, że tak będzie. Napiszę od razu, chociaż nie chcę. 56,1 kg. Wczoraj był obiadek u dziadków. Zupka, drugie danie, drugie-drugie danie, słodycze, lody. Byłam tak pełna, że myślałam, że pęknę a wszyscy dookoła tylko: jedz, jedz, bo mało zjadłaś. Myślałam że zwariuje. Co prawda wszystko było na prawdę dobre, co nie zmienia faktu, że jak się coś w siebie wpycha na siłę to nigdy nie smakuje.
Ale co ja się tak nad wczorajszym dniem rozwodzę. W ogóle ten tydzień to była masakra... W ogóle ostatni MIESIĄC to jakaś masakra! Ja nie wiem, na prawdę co ja odpieprzam?! Chyba mnie coś trafi. Sama nie wiem jak to opisać, w każdym razie masakra. W ogóle nie ćwiczę i wpieprzam ile chcę. To ma być dieta? Ta notka powinna mieć tyuł Tydzień ZERO! Jestem poraszkowa. (Na dodatek polałam się właśnie herbatą i oparzyłam sobie język :/)